Mamy końcówkę maja, a ja pierwszy raz od wielu lat zdążyłam zjeść o czasie truskawki i kupić prawdziwie letnie sandały. Jestem taka dumna, jakbym co najmniej oszukała system.
Ostatnimi czasy tak mi umykał ten sezon na truskawki, że zanim pomyślałam, że to już, było właściwie po. I nici były z tych wszystkich ładnych i dobrze smakujących potraw, które od miesięcy kotłowały mi się w głowie. Podobnie rzecz ma się z garderobą letnią: zanim łaskawie zastanowię się czego mi brakuje i bez czego nie mogę żyć (to raczej kwestia umowna), szorty i klapki zabierają dupę w troki i uciekają gdzieś hen daleko (może do cieplejszych krajów?), zostawiając mnie tym samym z resztką outfitu vintage anno Domini 2013 (to takie niehumanitarne nieszafiarskie).
A wszystko to przez temperaturę powietrza. No czy to normalne, czy mądre, czy pożyteczne, że w maju można chodzić w płaszczach zimowych? Czy to sprawiedliwe, że deszcz odmienia się tak regularnie (deszcz, deszczu, deszczowi, deszcz, deszczem, deszczu, deszczu)? Przygnębiające wyrazy zasługują na odrębną, pozaziemską deklinację, co by nie przechodziły przez gardło tak gładko, nie panoszyły dumnie na języku.
No co ta pogoda robi z człowiekiem! Z kaloszami i paltem zdążyłam już przejść na ty – wiesz, to takie amerykańskie – ale kiedy Omenaa Mensah obwieszcza w telewizorze, że będziemy mieli upalny weekend, puszczam samopas swoją bladość i wyglądam tak:
